Warszawa

(+48) 22 575 86 00

Łódź

(+48) 42 636 41 33

Menu

System zarządzania: koszt czy oszczędność?

Rozmowa z Tomaszem Sochą o zintegrowanych systemach informatycznych dla przedsiębiorstw

Red.: Pana firma od lat odnosi sukcesy jako integrator systemów zarządzania. Jak mógłby Pan pokrótce scharakteryzować tę branżę?

Tomasz Socha: Ostatnie 10 lat to czas dynamicznego rozwoju informatycznych systemów zarządzania dla biznesu i niebywały wzrost oczekiwań wobec tych aplikacji. Te dwa czynniki są oczywiście sprzężone, wzajemnie zależne. Wybór jest ogromny: od aplikacji, które obsługują fragment jakiegoś procesu biznesowego po systemy kompletne, zdolne do objęcia całej firmy; wersje uniwersalne i wersje dedykowane dla branż; systemy pudełkowe do szybkiego wdrożenia, takie, które po części konfiguruje się w dowolny sposób i w końcu takie, które praktycznie tworzy się od zera. Taka mnogość wymaga od przedsiębiorców sporego wysiłku i czasu na dokładne przeanalizowanie swoich potrzeb i celów biznesowych. Od sposobu ich zdefiniowania zależy, które z rozwiązań okaże się tym najlepszym, najbardziej optymalnym. Jest też sporo do przeliczania.

Red.: To znaczy…?

TS: Mimo, a może właśnie dlatego, że systemy zarządzania zajęły na stałe miejsce w świadomości przedsiębiorców, traktuje się je jako oczywistą konieczność. Ale dla wielu ta konieczność kojarzy się głównie z kosztem, jaki trzeba ponieść na zakup licencji. Mniej osób patrzy na inwestycję z punktu widzenia celów i wymiernych oszczędności, jakie ona może przynieść. A to przecież da się w prosty sposób policzyć! Wychodzi na to, że mamy do czynienia z rozeznaniem,
ale niekoniecznie ze zrozumieniem: po co to wszystko i czemu konkretnie to służy.

Red.: Więc czemu służy?

TS: Służy temu, by małe i duże biznesy lepiej, za to mniejszym kosztem, realizowały wszystkie te działania, które przynoszą im dochód i zyski, czy też zaspokajają jakieś szczególne ambicje pozafinansowe. Czyli: by podnosiły swoją rentowność i skuteczność na drodze do wybranego celu. Wielu przedsiębiorców traktuje działy swoich firm jako zupełnie odrębne, niezależne od pozostałych, części. I to ma też swoje odbicie we fragmentarycznym podejściu do informatyzacji. To kardynalny błąd, bo o wiele trudnej zmierzać w wybranym kierunku, jeśli konkretne działy realizują w pierwszej kolejności swoje własne wizje zamiast tej jednej, nadrzędnej, i czynią to w sposób, jaki dla nich jest najwygodniejszy – a niekoniecznie najlepszy dla całego biznesu. Zaczynają rywalizować. Ale firma to jeden organizm, w którym wszystkie zależności są dwukierunkowe. Wewnętrznie podzielony i skłócony biznes dobrze nie rokuje. Masa cennych zasobów i fajnej energii marnuje się albo kumuluje w jednym punkcie kosztem całości.

Informatyka potrafi narzucić lepszą organizację i procesy optymalizować, o ile nie zapomina o spójności, integracji, jako o podstawowym czynniku.
Firmy, które miały duże potrzeby, a inwestowały w systemy zarządzania kilka lat temu, często nie miały wyboru. Pojedyncze, wąsko wyspecjalizowane aplikacje oferowały znacznie więcej, niż zintegrowane ERP. Ale kilka lat w branży informatycznej to bardzo dużo. Dziś dostawcy oprogramowania oferują produkty o funkcjonalności nieporównywalnej z tym, co wdrażało się jeszcze 5 lat temu. Ci, którzy opierają swoje decyzje na nieaktualnej wiedzy, sami siebie wpędzają w pułapkę.

Red.: Rozumiem, że klientom rekomendujecie zintegrowane systemy informatyczne?

TS: Zdecydowanie. Naszymi klientami są przedsiębiorstwa różnej skali – od lokalnie działających mikrofirm po wielkie, wielooddziałowe organizacje o międzynarodowym zasięgu, zatrudniające setki ludzi. Dla tych najmniejszych, stawiających pierwsze kroki w biznesie, podobne wskazówki są szczególnie cenne. Z kolei tych największych przekonywać nie trzeba, bo negatywne konsekwencje braku zintegrowanych rozwiązań dostatecznie mocno dały się im we znaki.
Często prowadzimy wdrożenia w firmach, które przez lata korzystały równolegle z kilku programów. Osobny soft dla kadr i płac, osobny dla magazynu, osobny dla księgowości, osobny dla produkcji, osobny dla sprzedaży, osobny dla urządzeń etykietujących, osobny dla programów lojalnościowych itd. Te aplikacje były tworzone samodzielnie czy na zamówienie (bo np. nie były dostępne na rynku) albo kupowane jako gotowe od różnych dostawców, z których wielu wycofało się już z rynku (więc ich rozwiązania nie były już dłużej rozwijane ani wspierane). Co chwilę trafiamy na przypadki, gdy procesy biznesowe są poszatkowane technologiami, nawet w największych korporacjach o ugruntowanej pozycji rynkowej i o wysokim poziomie zarządzania. Jak zapewnić spójność i efektywność działań, jeśli głowa nie wie o tym, co robi ręka, a co noga? Mamy więc do czynienia z chaosem informacyjnym, a nie rzetelną informacją zarządczą. Przygotowanie najprostszych nawet raportów i analiz staje się nie lada wyzwaniem.

Red.: Jakie mogą być tego konsekwencje?

TS: Brak integracji powoduje, że potrzebne są łączniki między różnymi aplikacjami. Wystarczy zmiana przepisów (np. podatkowych), a już pojawia się konieczność aktualizacji oprogramowania i wszystkich łączników. Rozwiązania w zasadzie są dwa: albo godzimy się na dodatkowe koszty utrzymania takiej a nie innej architektury IT, albo zatrzymujemy rozwój aplikacji, a wraz z nim rozwój firmy. „Hybrydy” to także kosztowne i czasochłonne interwencje w przypadku wystąpienia błędów czy awarii, bardzo niska efektywność, konieczność rozmowy z wieloma dostawcami jednocześnie i trudność w zidentyfikowaniu „winnego” sytuacji kryzysowych, konieczność zatrudnienia i utrzymania kadry na wysokim poziomie merytorycznym, która byłaby sprawnym partnerem i koordynatorem. To ogromne obciążenie. Spowalnia, a w pewnym momencie całkowicie hamuje dalszy rozwój przedsiębiorstwa. Wybór oprogramowania zintegrowanego od pojedynczego dostawcy i usług serwisowych z „jednej ręki” minimalizuje te zagrożenia. Obniża też całkowite koszty eksploatacji. Rynek zmierza stronę integracji i kompleksowości – nie z powodu mody, ale z tej prostej przyczyny, że jest to o wiele bardziej korzystne, zarówno od strony funkcjonalnej, jak i finansowej. Po prostu się opłaca. Nasi klienci korzystają z kompleksowej oferty – nie tylko jeśli chodzi o rozwiązania Comarch, które od lat wdrażamy, serwisujemy i rozwijamy, ale również jeśli chodzi o globalną obsługę informatyczną.

Red.: Klienci nie obawiają się kosztów wdrożenia nowego systemu?

TS: W przypadku systemów zarządzania bardzo często dyskutujemy z klientami o kosztach wejścia, które są przez nich postrzegane jako relatywnie duże w porównaniu z kosztem utrzymania dotychczasowych aplikacji. Ale przecież taki urok inwestycji: jednorazowo ponosi się większe wydatki, by za chwilę nakłady zwróciły się z nawiązką. Dla zobrazowania przywołam przykład jednego z naszych klientów, który przed wymianą oprogramowania akceptował 2-3 dni przestoju w miesiącu z powodu powtarzających się awarii systemu. Proszę sobie wyobrazić, że ta firma każdego dnia ładuje towarem 170 samochodów. A 170 samochodów dziennie to – w jej przypadku – jakieś 4 miliony złotych w obrotach. Czy mam rozumieć, że firmy nie stać na zainwestowanie kilkudziesięciu czy nawet kilkuset tysięcy, ale stać ją na wielomilionowe straty? Inny przykład – klienta, który zwierza się: „Proszę się nie śmiać, ale my nie mamy stanów magazynowych w sklepie. Nie panujemy nad magazynami”. Duża firma akceptuje podobny stan rzeczy, bojąc się podjąć zdecydowane działania, czy też uważając, że koszty inwestycji w IT nie zwrócą się tak szybko, jak potrzeba. Brakuje dogłębnej analizy związanej z inwestycją i jej następstwami: przedsiębiorcy nie patrzą na przyszłe korzyści, na inny, bardziej wydajny sposób funkcjonowania, na stabilność. I najczęściej słono za to płacą.

Red.: Skoro przedsiębiorcy tracą na utrzymywaniu nieefektywnych, rozproszonych systemów i skoro sami odczuwają potrzebę, dlaczego tak wiele firm odwleka wymianę starych rozwiązań na nowoczesny, zintegrowany ERP?

TS: Rzeczywiście, występuje taki paradoks. Rozmawiamy z wieloma przedsiębiorstwami, które myślą o zmianach, ale potrzebują czasu, żeby myśli stały się decyzjami i poszły za nimi konkretne działania. Niektóre z tych organizacji utrzymują stare rozwiązania, bo – zwyczajnie – przywykły, zaakceptowały status quo i tłumaczą, że ponoszone straty da się jeszcze jakoś wliczyć w koszty utrzymania. Inne boją się utraty historycznej ciągłości danych. Jeszcze inne rozwijają się w takim tempie, że nie mają czasu na wymianę oprogramowania; obawiają się, że to zbyt inwazyjne, zbyt angażujące działanie – a brakuje im kadry, która mogłaby się poświęcić tylko reorganizacji firmy. Jeszcze innym brak aktualnej wiedzy o systemach zarządzania. Poza tym funkcjonuje mit, że nowoczesne zintegrowane rozwiązania są droższe niż stare, sprawdzone „zlepki” systemów. To zwyczajne nieporozumienie, a wynika ono z tego, że przedsiębiorcy patrzą najczęściej jedynie na koszty wejścia, a do kalkulacji TCO, czyli całkowitych kosztów eksploatacji, podchodzą po macoszemu. Może biorą pod uwagę maintenance, ale zapominają o kosztach kadrowych, kosztach przestoju, kosztach aktualizacji i innych, które ponoszą, a o których wspominałem wcześniej. Koszt utraconych korzyści to też koszt, tyle, że mniej oczywisty. Kuleje myślenie.

Muszę przyznać, że kiedyś, gdy stawiałem pierwsze kroki w biznesie, postępowałem podobnie. Sprzedawałem składane komputery i wydawało mi się to świetnym pomysłem. Zakładałem, że gdy kupię tanio komponenty i sam zapewnię serwis, zarobię więcej, niż na handlu gotowym sprzętem, droższym o kilka stówek. Ale rzeczywistość pokazała coś zupełnie przeciwnego. Po pierwsze: gdy są części, ktoś musi poświęcić czas, żeby to wszystko poskładać, a czas pracy człowieka kosztuje. Po drugie: potrzeba sporej wiedzy i doświadczenia, by mieć pewność, co z czym jest kompatybilne. Czas poświęcony na eksperymentowanie i uczenie się albo zatrudnienie fachowca również kosztuje. Po trzecie: w przypadku awarii, muszę prawidłowo zlokalizować wadliwą część, wymontować ją, odesłać do producenta i czekać. Znów wykonuję jakąś pracę. W tym czasie oczywiście sprzęt stoi bezczynnie, więc traci też mój klient. Przykładów takich jest znacznie więcej. Nie inaczej rzecz ma się z systemami zarządzania. Całkowite koszty eksploatacji składanych rozwiązań rosną, ale nadal mało kto zwraca uwagę na, wydawałoby się – oczywiste czynniki, jak np. koszt zatrudnienia człowieka, który zrobi, co trzeba. Nawet, gdyby miał on pracować za darmo, to i tak jest to nieopłacalne – bo przecież ten sam człowiek mógłby swój czas i umiejętności ulokować w działaniach, które przynosiłyby firmie dochód, zamiast podtrzymywać przy życiu coś kompletnie nierentownego.

Dziś już nie kupuję składaków. Wybieram kompletne rozwiązania i kompleksową obsługę, nawet, jeśli w moim odczuciu nie są idealne. Sam też buduję kompleksową ofertę IT dla swoich klientów i dbam, by była warta dla nich więcej, niż pieniądze, które nam płacą.

Red.: T2S jest jednym z kilkuset partnerów Comarch i zapewne jedną z tysięcy firm wyspecjalizowanych we wdrażaniu systemów zarządzania. Jak, przy tak intensywnej konkurencji, udaje się wam utrzymać na topie?

TS: Cóż… Na rynku ciągle pojawiają się usługodawcy, którzy nie przyjeżdżają na wezwania klientów albo porywają się na projekty, które ich przerastają. To psuje nie tylko opinię o branży. Godzi również w wizerunek producentów oprogramowania – bo kiepsko wdrożony system nie działa jak powinien, nie spełnia obietnic. A sami przedsiębiorcy tracą zaufanie do outsourcingu, mimo, że ten model sprawdza się na całym świecie od lat. Często nie mogą uwierzyć, że firma może funkcjonować bez własnego działu IT. I ja ich rozumiem, bo wiem, skąd się biorą ich obawy. Medal ma też drugą stronę: firmy, które podpisują umowy z nierzetelnymi lub niekompetentnymi partnerami często grają do własnej bramki. Najczęściej padają ofiarą marketingowych haseł bez pokrycia. Podam przykład klienta, który wrócił do rozmowy z nami po kilku latach eksperymentowania i kilku kosztownych błędach. Podczas spotkań handlowych nakłanialiśmy go do sprawdzenia kwalifikacji naszych konsultantów, naszych rozwiązań, listy referencyjnej, zasobów. Przywołana firma zatrudniała menedżera IT, który miał czas, by się o to zatroszczyć. Klient wybrał firmę, która zaproponowała teoretycznie lepsze warunki finansowe, ale wdrożenia nie udźwignęła. I to wcale nie jest odosobniony przypadek.

Decydenci często nie chcą sprawdzać nawet podstawowych rzeczy, nie potrzebna im taka wiedza. To pokazuje, że znaczna część polskiego biznesu tkwi w sferze życzeniowego myślenia. Czy wie Pani, ilu klientów prosi o przedłożenie CV konsultantów, których delegujemy do projektów? Jeden na pięćdziesięciu. A przecież zarządzanie biznesem to zbyt trudny i delikatny temat, żeby powierzyć go przypadkowej firmie i przypadkowym ludziom. Błędy rekrutacji kosztują – czy rekrutuje się własnego pracownika, czy zewnętrznego podwykonawcę.

Red.: Jak więc zapewnić sobie optymalną obsługę IT?

TS: Poleganie wyłącznie na własnej kadrze IT też nie zawsze przynosi dobry skutek. Zarządzający biznesami kiepsko orientują się w sferze informatycznej, a ich specjaliści IT kiepsko orientują się w tematyce zarządzania biznesem. Stąd masa rozwiązań, o których trudno powiedzieć, że są efektywne, a co dopiero optymalne. Brutalne, ale niestety prawdziwe. Koszt utrzymania służb IT znacznie przekracza koszty outsourcingu. Przy tym specjaliści, poruszający się wyłącznie wokół problemów jednej firmy, nie uczą się tak wiele i tak szybko. Bywa, że w ogóle przestają się rozwijać. Jedyne, co w tej sytuacji mogę, to robić swoje najlepiej, jak tylko można. Staram się tak organizować T2S, by klient nie czuł się zaniedbany. Inwestuję w ludzi, w coraz lepszy sprzęt, inwestuję w rozwiązania – takie jak contact center czy dedykowana platforma do obsługi serwisowej. To pierwsza rzecz. Druga: postawiłem na kompleksowość w ramach wąskiej specjalizacji, bo zależy mi na jakości usług i dobrej renomie firmy. Zapracowaliśmy na nią, więc chcemy się nią jak najdłużej cieszyć i czerpać z niej korzyści. Dziś marka T2S kojarzona jest z najlepszymi wdrożeniami systemów Comarch. A dlaczego specjalizacja? Poświęcając całą uwagę i kierując wszystkie zasoby ku jednej dziedzinie, mogę innym przedsiębiorcom zapewnić serwis nieporównywalnie lepszy i za nieporównywalnie mniejsze pieniądze, niż byliby w stanie osiągnąć polegając wyłącznie własnych siłach. Oni też, korzystając z outsourcingu, mogą skupić się na kluczowej dla nich działalności.

Każdy powinien robić to, co potrafi najlepiej – wtedy nie ma przegranych, wszyscy korzystają.

Red.: Dlaczego akurat Comarch?

TS: Wybór Comarch na naszego strategicznego partnera był dobrze przemyślany. Comarch oferuje rozwiązania przygotowane na nasz rynek, rocznie sprzedaje je tysiącom firm (a to bardzo duża próba), w oparciu o nowatorskie pomysły przygotowuje kolejne rozwiązania, oferuje korzystne warunki klientom, którzy chcą migrować do systemów wyższej klasy (praktykuje np. zwrot licencji). To wszystko jest ważne, bo przekłada się na oszczędności, które można ulokować w innym miejscu. Zbudowanie aplikacji na bazie Comarch jest przy tym 5 - 6 - krotnie tańsze, niż na bazie zachodnich systemów. Przekonało się o tym już wiele firm, które po 2-3 latach eksperymentowania z zachodnimi systemami wróciły do rozmów o systemach Comarch. A jak wspominałem, w IT 2-3 lata to wystarczająco dużo czasu, by aplikacje rozwinęły się nie do poznania, pod każdym względem. Poza tym jest ogromna różnica między zainwestowaniem kilku milionów złotych i dwóch czy trzech lat od analizy przedwdrożeniowej do uruchomienia systemu, a zainwestowaniem kilkudziesięciu czy kilkuset tysięcy złotych i projektami uruchamianymi w kilka miesięcy. Na szczęście polscy przedsiębiorcy zaczynają liczyć. Za chwilę będą musieli, bo środki unijne na modernizację IT się kończą. Inaczej albo „zjedzą” własną marżę, albo zaczną drenować kieszenie swoich odbiorców i szybko stracą rynek zbytu. Systemy oferowane przez Comarch są tańsze od produktów zachodnich marek. Ale zawierają wszystko, czego naprawdę potrzebuje biznes. Moje zdanie jest takie, że rozwiązania, które wdrażamy, nie ustępują ani jakością, ani funkcjonalnością znanym zachodnim systemom, gdzie extra płaci się za prestiż, starannie wykreowany wizerunek korporacyjny.

W przypadku systemów zarządzania przepłacanie jest bezzasadne. Ostateczny odbiorca ocenia jakość produktów, jakość usług, warunki zakupu, sposób organizacji, atmosferę, ale nie będzie go interesowało, z jakiego oprogramowania korzysta dana firma.

O wymianie systemu z zachodniego na polskie często przesądzają kompletne drobiazgi – konieczność ręcznego wystawienia korekty do faktury, czy brak skrótów klawiaturowych. XXI wiek. Naszła mnie nawet ostatnio refleksja, czy nie powinniśmy podczas prezentowania systemów poświecić uwagi właśnie tym drobiazgom. Może wcale nie są tak oczywiste dla klientów, jak nam się wydawało? Kto dziś, prezentując nowoczesny system zarządzania, mówi o tak zwyczajnych poleceniach jak „ctrl+c” czy „kopiuj przez schowek”? Kiedyś rozmawialiśmy z klientem, którego głównym zastrzeżeniem pod adresem rozwiązań Comarch było to, że nie da się w prosty sposób wyeksportować danych do arkusza Excel. To oczywiście nieprawda, ale nie zmienia faktu, że standardowe funkcjonalności są klientom niezwykle potrzebne – i zwracają na nie często uwagę większą, niż na kolejne innowacje czy funkcjonalne gadżety. Produkty Comarch, które wdrażamy od lat, są na pewno warte swojej ceny – korzyści z implementacji są nieporównywalne do wydatków. Inwestycja szybko się zwraca, chociażby w postaci oszczędności. Dobry system zarządzania to najistotniejszy element nowocześnie zarządzanej firmy.
Ja też inwestuję w technologię. Ostatnio wydałem kilkadziesiąt tysięcy na system support center. Nie jest doskonały, brakuje mi kilku funkcjonalności, ale jest też dużo takich, których nie wykorzystuję. Jest więc jakiś potencjał rozwojowy. Już korzystam i odczuwam pozytywy. Jeśli rozłożę koszt zakupu i wdrożenia np. na trzy lata, zabawa kosztuje mnie ok. 2 tys. złotych miesięcznie. Mógłbym czekać te 3 lata na to, aż ktoś stworzy lepsze rozwiązanie, mógłbym je też samodzielnie napisać. Ale wolę już teraz czerpać korzyść i przejmować kontrolę nad kolejnymi obszarami firmy. A ile kosztowałoby mnie miesięcznie zatrudnienie porządnego koordynatora albo zespołu programistów? Przecież to nieporównywalne wydatki! Myślenie „Nie kupię tego, bo jest za drogie” donikąd firmy nie prowadzi, to ciągłe dreptanie w miejscu. Równie dobrze można siebie samego spytać: „Czy w ogóle stać mnie na prowadzenie biznesu”? Sam, wybierając, celuję w stabilne firmy z czołówki, które swoje biznesy rozwijają, doskonalą, specjalizują się, sprawdzam dokładnie listę referencyjną, kalkuluję oszczędności. Nie ryzykuję eksperymentów. Bałbym się współpracy z małą, 5 czy 10-osobową firmą, za którą nie stoi odpowiednie zaplecze technologiczne. Wystarczy, że taka firma nie podpisze w ciągu roku 2 czy 3 kontraktów – a nie utrzyma się na rynku. Kto w takiej sytuacji będzie wspierał jej rozwiązania, kto będzie je rozwijał? Pod względem bezpieczeństwa i stabilności Comarch mocno wyróżnia się na tle konkurencji. T2S z resztą również. Trwamy na tym rynku i rośniemy. To są aspekty, na które warto zwracać uwagę. No i oczywiście funkcjonalność, funkcjonalność i jeszcze raz funkcjonalność. Nie fanaberie, tylko funkcjonalność rzeczywiście potrzebna ludziom w biznesie.

Red.: Na zakończenie: jakie plany ma T2S na najbliższe lata i co nowego ma do zaproponowania swoim potencjalnym klientom?

TS: Oprócz sprawdzonych rozwiązań, takich jak Comarch OPT!MA czy CDN XL, na których wyrośliśmy, a które nadal są rozwijane, rozbudowywane i cieszą się niesłabnącym zainteresowaniem MSP, Comarch wprowadza nowatorskie rozwiązania. Współpracujące z nami sieci handlowe przymierzamy do wdrożenia Comarch RETAIL, z wybranymi klientami rozmawiamy o projektach informatycznych na bazie Comarch ALTUM. To przyszłość. Otoczenie i konkurencja wymuszają, by systemy były coraz nowocześniejsze, przyjazne w obsłudze, by dawały więcej informacji, działały niezawodnie i obejmowały całość biznesu.
W jednej z dużych sieci handlowych zbudowaliśmy kompleksowe rozwiązanie, które obejmuje całą firmę, jest tańsze w utrzymaniu i eksploatacji niż poprzednie rozwiązania, a przy tym działa bezawaryjnie – jeszcze nie zdarzyło się zatrzymanie systemu czy błędy synchronizacji. A obsługujemy też sklepy za granicą. Niedawno rozszerzyliśmy to rozwiązanie o system lojalnościowy i analizy oraz CRM zintegrowany z Business Intelligence – do kontroli wyników sprzedażowych w regionach. Wszystko jest też zintegrowane z bramkami zliczającymi wejścia do salonu – więc nie można już słabych wyników sprzedażowych usprawiedliwiać małą liczbą klientów odwiedzających sklep. Klient bardzo chwali sobie wygodę rozmowy z jednym dostawcą i jakość usług, a za bieżącą obsługę płaci nie więcej niż kilka tysięcy złotych miesięcznie. Chyba, że zgłosi jakieś dodatkowe pomysły i zapotrzebowanie na raporty czy automaty. Projekt de facto zamknięty, ale to wcale nie koniec historii: już trwają rozmowy, by z aplikacji sklepowych przejść na Comarch RETAIL, a z trybu pracy ofline na usługi terminalowe, co zapewniłoby natychmiastowy przepływ danych między centralną bazą danych a salonami, w czasie rzeczywistym. Apetyt rośnie, a systemy IT nie stoją w miejscu. Kolejni zainteresowani podobnym rozwiązaniem czekają na efekty naszej pracy.

 

Artykuł został opublikowany w raporcie Handel 2011, wrzesień 2011, ECP Media

 

Pomoc
Polityka prywatności